Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Nasi w Londynie
#41
Na miejscu wita nas Bet z Karoliną oraz wiecznie uśmiechnięty Mirek, z kropidłem pod pachą i wodą święconą w kieszeniach Oczko

Rozpoczynamy formalności związane z meldunkiem, Mirek podbiega do nas z wydrukowaną rezerwacją - "słuchajcie coś jest nie tak, chcą policzyć połowę kwoty !" Zabiera ze sobą Bartka i idzie uzgodnić wszystko jeszcze raz ( kto by chciał skończyć w czyśćcu... ). Miły Pan w recepcji twierdzi, że wszystko gra i tym sposobem za dwa noclegi ze śniadaniem w centrum Londynu zapłaciliśmy jedynie 19 euro za osobę.

Po rozlokowaniu się w pokoju wyruszamy na podbój okolicznych ulic z myślą o jakimś posiłku. Andrzej jest załamany - nie takiego Londynu się spodziewał...Zaniedbane kamienice, kilka bloków żywcem wyjętych z naszego PRL-u, wszędzie tłumy różnokolorowych mieszkańców, biali zdecydowanie tworzą mniejszość na naszej ulicy. Wędrujemy tak dobrą godzinę szukając lokalu, wreszcie pada na włoską restaurację. Mirek kładzie nas wszystkich na kolana rozpoczynając rozmowę z właścicielem w jego ojczystym języku. Niestey pizzę podaje dopiero po 17 więc jedynie coś pijemy i idziemy dalej...

Kolejna godzina wędrówki a żołądki coraz bardziej doskwierają, jedni chcą tu, inni tam, szybka decyzja - wpadam do knajpy z gyrrosem i zamawiam zestaw pierwszy. Wszystko na chybił trafił, na szczęście okazało się to strzałem w dziesiątkę - pozostali dołączają i zajadają ze smakiem. Wątpliwości budzi składnik sałatki w kolorze wściekło-różowym, Mirek uspokaja wszystkich twierdząc, że to niewątpliwie musi być brukiew. Grzegorz jak to na wyspach o piątej raczy się herbatką, w kącie rośnie maryśka...Po obfitym posiłku humory dopisują, a nazwa knajpy staje się często używanym zwrotem.

Postanawiamy odprowadzić Mirka na jego koncert pod Royal Albert Hall, po drodze wygłupu w budce telefonicznej, leżenie na trawie w Hyde Parku oraz odwiedziny u Alberta - fundatora sławnej sali. Przed samym wejściem do budynku zaczepia nas dziwnie wyglądający człowiek, pod siedemdziesiątkę, zgarbiony, pod oczami wory - typowy cinkciarz z czasów Pewexów. Chce za bilety po 35 £, olewamy gościa i idziemy dalej, po kilku metrach jednak świta w głowie myśl...Wracamy i proponujemy zakup czterech biletów po 20£, po krótkich negocjacjach staje na 25£. Krótki telefon do Andrzeja, wymiana banknotów i w duszach gości euforia ! Kupiliśmy bilety dziesięć metrów od sceny za połowę ceny !!

Fotki secik drugi:

http://users.finemedia.pl/macsa/London/London2/

[Obrazek: macsa.gif]
Odpowiedz
#42
mój Londyn
sierpień 2009
Mirek rzucił hasło "Londyn" i się zaczęło. Kolejni forumowicze dopisują się do listy obecności, a ja patrząc na domiar losu z ostatnich dwóch lat jestem prawie pewien, że nie ma szans, by coś takiego udało mi się zrealizować. Jednak przezwyciężam pesymizm, bo
może w końcu będzie lepiej, a brak biletu na koncert zaprzepaści spełnienie marzeń. Marzeń nie tylko o Royal Albert Hall - "mateczniku" Marka, w którym chyba od 1996 roku
koncertuje po kilka dni pod rząd, ale także o locie samolotem i zobaczenia w końcu
prawdziwego Zachodu. Dołączam więc do ekipy z biletem - przepustką, kto wie może na wycieczkę życia.

luty 2010
"Człowiek musi sobie od czasu do czasu polatać"
Ekipa wrocławska już ma bilety, a ja mam zgryza. Nie chcę lecieć sam, nie tyle ze względu na strach, co na brak znajomości języka, który w Londynie może okazać się problemem. Kombinuję na różne strony, ale ostatecznie postanawiam lecieć sam, a Maciek i ekipa obiecują poczekać godzinkę w Stansted.
Jest lepiej jak dobrze.

maj 2010
Opatrzność czuwa. Okazuje się, że Ptysia również leci z Krakowa tym samym samolotem. Mogę spać spokojnie.
Odpowiedz
#43
mój Londyn c.d.
31 maj 2010
4.40 pobudka, toaleta, lekkie śniadanie. Wolę być na lotnisku przed czasem, bo to pierwszy raz. Aż dziwne, że brzuch nie daje znać o sobie i obchodzę się bez zbędnych wspomagaczy podróży.
7.30 jestem na lotnisku, o ósmej dołącza Aga. Jest dobrze. Odprawa - w butach nic nie przemycam, jednak tubka na pastę jest za duża o całe 25ml. Celnik jednak nie robi problemów,tylko ostrzega przed kolejnym razem.
Starujemy kilka minut po dziesiątej. Mocno wciska w fotel, trzęsie jak w pociągu, tylko czemu przygasają te świetlówki jak w filmach katastroficznych.Jakieś rzadziutkie volty mają w tych boeingach.
Około 11.25 lądujemy. Wielkie lotnisko to Stansted w porównaniu do Balic. Aż strach pomyśleć jak jest we Frankfurcie lub na Heatrow. Idziemy długimi korytarzami, Ptysia
idzie po bagaż, a ja na odprawę. W okienku pan widząc dowód osobisty mówi "dzień dobry". To miłe. Aga gdzieś zniknęła z pola widzenia,więc wychodzę sam i myślę, gdzie ja w tym tłumie znajdę kolegów, dobrze, że spisałem telefony. Jednak nie muszę nigdzie dzwonić. Oto Wacek czeka z kartką. Nie może chodzić o nikogo innego. Jestem szczęśliwy. Po chwili dołącza Ptysia, brakuje tylko Waldka, które jak później się okaże zdąży tylko na sam koncert.
Ptysia kupuje nam bilety na autobus i jedziemy do Londynu. Podróż trwa szybko i po 70 minutach jesteśmy przy Baker Street. Pieszo dochodzimy do hostelu, gdzie czeka już część załogi.
Po zostawieniu bagaży i załatwieniu formalności (jest taniej a do tego mamy wliczone śniadanie) wychodzimy na miasto. Nasza dzielnica nie jest za ciekawa - brzydkie budynki a
w nich paskudne okna, a biali to tutaj mniejszość. Mimo to fascynuje mnie ta inność. Odmianą są samochody - wszystkie lśniące czystością, a w tym luksusowych marek i modeli bez liku.
Trudno nam zdecydować gdzie coś zjeść. Przychodzi mi na myśl powiedzenie "Osiołkowi w żłobie dano..." - tyle miejsc, a my nie długo padniemy z głodu. Decydujemy się w końcu
na islamską knajpkę Halal i wygląda na to że wszyscy są zadowoleni o czym świadczą późniejsze powroty w to miejsce.
Czas biegnie i trzeba powoli iść by odprowadzić Mirka na koncert, a przy okazji wysondować możliwość wniesienia aparatów.
Chcąc przejść z Hyde Parku pod RAH musimy przeskoczyć płot, ponieważ brama już zamknięta. Płot nie jest na szczęście wysoki i bez strat w klejnotach rodzinnych meldujemy się przed zacnym budynkiem.
Przechodząc bliżej głównego wejścia zaczepia nas starszy jegomość proponując bilety. Początkowa cena jest jednak dla nas zaporowa. Wracamy po chwili. Targowanie przynosi efekty. Szybki kontakt z Andrzejem, który został w Parku i niespodziewanie jesteśmy w piątkę na koncercie. Miejsca mamy wyborowe, a za tą cenę to już rewelacja. Siedzę obok Andrzeja, a Maciek z Igorem po przeciwnej stronie sali jeszcze trochę bliżej sceny.
Mówię do Andrzeja, że nie wierzę, że tutaj jestem (a w myślach co chwilę powtarzam - kurwa, nie wierzę) ale to jednak prawda.
Przed właściwym koncertem jest support w postaci panienki o głosie podobnym do Kate Melua. Już słychać, że akustyka jest świetna i czeka nas uczta dźwiękowa.
Po godzinie zaczyna się koncert Marka. Tego mi było trzeba. Świetna atmosfera - czuć, że Mark jest wśród swoich.
Dźwięk jest zrównoważony selektywny i nie za głośny, bardzo komfortowy. Nie czuć ściany dźwięku - najgłośniejszym momentem jest finał Speedway at Nazareth ale i tak jest daleko do jakiegokolwiek dyskomfortu.
Atmosfera na sali jest świetna, a po Telegraph... to już małe szaleństwo i klasa, owacje na stojąco. Ta atmosfera chyba nie do powtórzenia w innym miejscu. Warto to zobaczyć.
Po koncercie chyba trochę oszołomieni wracamy spacerem do hostelu. Wymiana wrażeń, a potem próba zaśnięcia w moim przypadku bez rezultatu.
Odpowiedz
#44
mój Londyn c.d. (teraz krótko)
1 czerwiec 2010
Dzień nie zachwyca pogodą. Pada deszcz. Chcemy coś jednak zobaczyć. Zaliczmy Big Bena i wszystko w koło co jest warte zobaczenia na żywo.
Andrzej, Wacek i ja wracamy do hostelu trochę przeschnąć, natomiast reszta załogi pomimo deszczu chce zobaczyć miejsca związane z Markiem.
Późnym popołudniem odwiedzamy Halal (deal 1 -bardzo smaczny zestaw), a nieco później udajemy się metrem na kolejną Markową ucztę.
Tym razem jesteśmy w komplecie (jeszcze tylko Jambore). Nasze miejsca są na przeciwko sceny, za to bardzo wysoko. Widok robi wrażenie.
Minutę przed koncertem wchodzi Waldek z córką - szybkie przywitanie i znów ponad dwie godziny magii, które kończą się za szybko. Zamiast Monteleone usłyszeliśmy Get Lucky.
Dźwięk u góry jest również soczysty, szczegółowy i wyraźny, jednak odczuwalnie mniej jest basu i stopy perkusji. Niskie tony nie są tak czytelne jak na dole widowni,
nie powoduje to jednak żadnego dyskomfortu w odbiorze koncertu. Tym razem mniej owacji na stojąco.
Po koncercie pamiątkowe zdjęcie i spacerem wracamy do hostelu. Nie pada. W knajpce Green Man gorąca wymiana wrażeń po koncercie i podziw dla Jamborego za upartość w walce z przeciwnościami losu. Coś niesamowitego.
2 czerwiec 2010
O trzeciej Jambore z córką oraz Ptysia muszą już jechać na lotnisko - Wacek odprowadza ich na przystanek. O piątej opuszcza nas Mirek, a o siódmej Andrzej.
Reszta po hostelowym śniadaniu wypuszcza się na miasto. Dzielimy się na dwie grupy, by koło południa spotkać się przy Tower Bridge.
Piękne widoki, szkoda że trzeba już wracać. Ja odlatuję półtorej godziny wcześniej i jestem ogromnie wdzięczny pozostałym członkom wyprawy, że nie zostawiają mnie na pastwę losu,
tylko wracamy wspólnie do hostelu. Tu chwila odpoczynku w barze, zabieram bagaż i znów mogę liczyć na Wacka, by nie wsiąść przypadkiem do złego autobusu.
Na lotnisku na szczęście sobie poradziłem, za duża tubka pasty nikomu nie przeszkadzała, a na sam koniec nagroda -miejsce przy oknie.
Nad Krakowem pilot przygasił światło w samolocie i mogłem po raz pierwszy podziwiać z góry panoramę miasta. Wieczorem pięknie to wygląda. O 23.30 jestem w domu.
Szczęśliwy, że los tym razem okazał się łaskawy.

Dziękuję całej ekipie za pomysł, realizację wycieczki oraz za wsparcie i wszelaką pomoc (zwłaszcza dla Ptysi i Wacka).
Bez Was nigdy bym się nie wybrał na taką wyprawę.
Amen
Odpowiedz
#45
Swietna relacja Grzesiu - los musiał się odmienić skoro sam Mark życzył nam GET LUCKY !!! I niech tak już pozostanie !!!


P.S.
Trzymaliśmy kciuki cały czas za Twój szczęśliwy powrót do domu. Nie zapomnij udostępnić gdzieś Swoje fotki...

[Obrazek: macsa.gif]
Odpowiedz
#46
Grzechu dzieki za relacje, Uśmiech swietnaUśmiech
Odpowiedz
#47
Bardzo się cieszę, że udało się Wam szczęśliwie wrócić. Fajnie, że zdecydowaliście się na taki wyjazd! Szkoda, że nie udało Wam się - tak mi się przynajmniej wydaje - zwiedzić Londyn, w takiej formie, jak planowaliście. Tak jest zawsze z planami, że podczas ich realizacji okazuje się, że czasu jest za mało Uśmiech. Jak się Wam podobał Londyn? Napiszcie coś więcej o miejscach, które widzieliście.

Btw. Piszę z Oslo, w którym (czego dowiedziałem się chwilę temu) za trzy dni będzie grał Knopfler. Szkoda, że wtedy będę już w Poznaniu (a przynajmniej mam taką nadzieję).
"Come up and feel the sun
A new morning has begun..."
Odpowiedz
#48
Londyn to miasto, w którym (dzięki Koobie) zakochałem się 11 lat temu. I tym razem ta miłość została potwierdzona.
„ten sławny koncert DS z Bazylei” … „zdarlem te tasme do czarno-bialosci....”
Odpowiedz
#49
Ja w pierwszym dniu bylem bardzo sceptyczny co do uroków i klimatu Londynu. Po trzech dniach rezydencji , całkowicie zmieniam zdanie. Myślę, że Londyn mógły zostać tym skrawkiem ziemii, do którego chętnie będę powracał.
A tak na serio: nie wiem co się dzieje, ale tęsknię za wszystkim co zobaczyłem w tym mieście. Czas wracać. Przed koncertem nie mialem czasu przygotować się z historii, zwiedzania Londynu. Już w czwartek po przyjeżdzie przejrzalem cały internet, i jaka wielka szkoda , że nie mogę podzielić się z Wami swoimi ciekawostkami. No nic, następnym razem.
We are the sultans of swing...
Odpowiedz
#50
troche zdjeć :


Załączone pliki
.jpg   DSC00094.jpg (Rozmiar: 91.22 KB / Pobrań: 30)
.jpg   SDC11007.jpg (Rozmiar: 93.94 KB / Pobrań: 24)
.jpg   SDC11028.jpg (Rozmiar: 92.98 KB / Pobrań: 29)
.jpg   SDC11055.jpg (Rozmiar: 94.87 KB / Pobrań: 30)
.jpg   SDC11084.jpg (Rozmiar: 90.34 KB / Pobrań: 27)
tea
Odpowiedz
#51
Andrzej napisał(a):Ja w pierwszym dniu bylem bardzo sceptyczny co do uroków i klimatu Londynu. Po trzech dniach rezydencji , całkowicie zmieniam zdanie. Myślę, że Londyn mógły zostać tym skrawkiem ziemii, do którego chętnie będę powracał.
A tak na serio: nie wiem co się dzieje, ale tęsknię za wszystkim co zobaczyłem w tym mieście. Czas wracać. Przed koncertem nie mialem czasu przygotować się z historii, zwiedzania Londynu. Już w czwartek po przyjeżdzie przejrzalem cały internet, i jaka wielka szkoda , że nie mogę podzielić się z Wami swoimi ciekawostkami. No nic, następnym razem.

Moja córka "nic" nie widziała a już tęskni i - kusi.
Odpowiedz
#52
No właśnie !! Chyba zrobimy powtórkę za rok bo mi też już tęskno !!

[Obrazek: macsa.gif]
Odpowiedz
#53
Nie tak latwo napisac cos wyjatkowego na temat naszego wyjazdu do Londynu w momencie kiedy tak wiele pieknych slow zostalo już napisanych. Z przyczyn „techniczno-rodzinnych” nie było mi dane opisac wczesniej moich przezyc… Może najwyższy czas żeby postarac się zrobic to wlasnie teraz, z nadzieja ze mój tekst spotka się z zainteresowaniem potencjalnych czytelnikow, chociażby ze względu na to, ze jest on subiektywnym i szczerym opisem moich wlasnych przezyc związanych z wizyta na Wyspach.
Dlugo nie moglem poczuc entuzjazmu związanego z wyjazdem na koncert. Pewnie związane jest to w duzej mierze z moja nialatwa sytuacja zyciowa i generalnie brakiem entuzjazmu w jakimkolwiek kierunku. Jednak już na pare dni przed odlotem miałem okazje przypomniec sobie jak wspaniałym przezyciem jest uczestnictwo w koncercie przy okazji występu AC/DC (ale o tym jeśli w osobnym watku). Nie zdążyłem jeszcze dobrze opuścić lotniska Bemowo, przezyc wszystkich emocji związanych z widokiem Angusa Young`a i Briana Johnsona i co najważniejsze odespac koncertu AC/DC, a oto jestem już we Wroclawiu, jest niedziela 30 maja, godzina 22:30 i nastawiam budzik żeby nie zaspac na samolot.
Szczesliwie udalo się wstac jeszcze nawet przed alarmem budzika (na szczescie rutyna 8 godzinnego trybu pracy dala znac o sobie), toaleta, szybkie sniadanie, kawa, telefon do Macka który razem z Igorem przez Wroclaw będą jechali dłużej niż lecieli do Londynu. Okazuje się ze dotarli na lotnisko jeszcze przed jego otwarciemOczko i czekaja już na mnie. Nie pozostaje zatem nic innego jak skorzystac z wczesniej zaoferowanej propozycji mojego serdecznego przyjaciela ze podrzuci mnie samochodem na lotnisko. Przezylem co prawda chwile trwogi stojac 20min w bezruchu na skrzyżowaniu na Nowym Dworze ale już chwile pozniej wyściskałem się serdecznie z Mackiem i Igorem (w koncu nie widzieliśmy się ponad Pol roku – strach pomyśleć!).
Całkiem sprawna odprawa z odrobina stresu na „ziemi niczyjej” czy Anrom z zona aby na pewno dotra na czas. Dzieki Bogu wszystko szczesliwie i już chwile pozniej nieziemskie przyspieszenie i wscisnieci w fotele wzbijamy się w przestworza, żeby przekonac się ze nad Wroclawiem tak naprawde swieci slonce: ) Jeszcze tylko rzut okiem na stewardese i z calym szacunkiem dla bardzo milej pani już wiem ze lece tanimi liniami lotniczymi… (czego nie można powiedziec o Lucy w drodze powrotnej).
Niecale 2h pozniej kroczymy już labiryntem lotniska London Stansted . Dochodzimy do odprawy paszportowej gdzie mila pani informuje nas ze jeśli mamy bodajze nowe paszporty to powinniśmy kierowac się do ostatniej bramki. Nastepuje chwila konsternacji bo tak jak w moim przypadku nie mam paszportu a mój dowod osobisty do najnowszych już nie należy. Widzac zakłopotanie na naszych twarzach i wzajemne rozmowy, pani podchodzi do nas i nienaganna polszczyzna zwraca się slowami: „trzeba było od razu mowic ze panstwo sa z Polski”, po czym kieruje nas do odpowiedniej bramki (no tak przeciez Polacy sa wszedzie- jak moglem zapomniec?). Przy owej bramce mój dowod sprawdza rodowita Brytyjka z turbanem na glowie, a chwile pozniej promiennym uśmiechem wita nas Mr Jasinski (Andrzej). No niby jakby to Lufthansa mogla mieć opoznienie. W kocu to rzetelna niemiecka firma. W oczekiwaniu na Ptysie i Grzegorza dowiadujemy się o klopotach ze startem Waldka i Jego corki. Naprawde niepokojace wiesci, chociaż nie wiem jak pozostali, ale ja od samego początku byłem przekonany ze Waldek przezwycięży wszelkie przeciwności losu i jeśli będzie trzeba to sam wystartuje samolotem i na koncercie się pojawi (daj Panie Boze każdemu artyście tak oddanego fana jakim jest Jambore).
Easybus z czarnoskorym kierowca calkiem sprawnie dowiozl nas na samo Baker Street z którego GPS Macka w pare minut podprowadzil nas pod hostel. Tam spotykamy BET`a z wybranka serca oraz człowieka o niepowtarzalnym optymizmie i radości z zycia Mirka. Na nasza korzysc (która ja przeliczam jako 1,5 guinnesa „na glowe”Oczko sympatyczny barman którego nauczyłem ze po polsku „thank you” to „dzieki” myli się co do ceny noclegu. Pomimo nalegania i uwag z naszej strony obstaje przy swoim i stawia wyższość wyspiarskiej matematyki nad ta z kontynentu. Za smieszne pieniadze nocleg w samym centum Londynu i to jeszcze ze sniadaniem wliczonym w cene to zapowiedz naprawde wspaniałego pobytu.
I takim w istocie on się okazuje. Co prawda nie tak latwo jest nam zdecydowac się co do miejsca w którym zjemy zasłużony obiad, w koncu jednak decyzja pada na „tradycyjna brytyjska” restauracje ktorej nazwe można mniej lub bardziej dokladnie przetłumaczyć jako „u Allaha”. Posileni udajemy się w kierunku RAH celem odprowadzenia faceta który bije rekordy jeśli idzie o czynny udzial w koncertach MK w tym roku (czyt. Mirka). W międzyczasie odlaczam się od grupy celem zwiedzenia na wlasna reke Londynu po 6 latach nieobecności i spotkania ze znajoma. Spedzam przesympatyczny wieczor w pubie przy Camen Town, a wracając do hostelu wykonuje telefon do Macka z informacja ze zyje i zaraz będę „w domu”. Cisza. Probuje do Andrzeja. Rozlacza mnie. Mysle sobie: „czym do cholery sobie na to zasluzylem?” . Po chwili jednak Anrdzje wysyla do mnie sms. „Jestesmy na koncercie Marka. Niezle jaja”. Mysle sobie – no faktycznie niezle jaja. Moje przypuszczenia ze być może towarzystwo robi sobie ze mnie jaja rozwiewa BET który w hostelowym pokoju od razu sprzedaj mi „newsa” ze Maciek, Igor, Andrzej, Grzesiu, zalapali się razem z Mirkiem na koncert MK. Coz, pozazdrościć. Będą mieli podwojny dzien dziecka. Mój już za niespełna 24h.
We wtorek rano budze się na 2 pietrze 3 pietrowego lozka i machając radosnie przez okno do pasażerów tradycyjnego londyńskiego pietrowego autobusu rozpoczynam dzien. Już wiem ze pogoda nie będzie nas dzisiaj rozpieszczala. Posileni skromnym lecz bardzo cennym sniadaniem rozpoczynamy zwiedzanie Londynu. Big Ben, Westminster, palac Buckingham, Trafalgar Square – miejsca obowiązkowe na mapie każdego turysty. Nieustajacy deszcz odbiera mi , Anrdzejowi i Grzesiowi przyjemność dalszego zwiedzania Londynu. Odlaczamy się od grupy i wracamy do hostelu. Tam Andrzej z Grzesiem udaja się na drzemke a ja w pubie przy London Pride studiujac mape i przewodnik po Londynie robie plany na nastepny dzien.
Deszcz nie daje za wygrana wiec w momencie kiedy znowu wszyscy razem spotykamy się w pubie zapada decyzja ze wyruszamy wszyscy wspolnie do RAH metrem. Już z zewnatrz RAH robi nieprawdopodobne wrazenie. Widok w srodku jeszcze bardziej poteguje wrazenie wspaniałości tego miejsca. Bez wiekszych problemow odnajdujemy z Ptysia nasze miejsca przedzielone wyjatkowo sympatyczna francuska para. Siadam na miejscu dokladnie w momencie kiedy na scene wychodzi supportujaca wystep MK kobieta. Wystep być może nie powala na kolana, ale warto wzrocic na bardzo osobiste teksty, polaczone z calkiem sympatyczna muzyka i faktycznie wyraźnym podobieństwem do tego co prezentuje Katie Melua.
„Melua” konczy wystep, rozpoczynam sympatyczna rozmowe z Francuzem na temat muzyki MK (dowiaduje się ze wspolnie z zona tez przylecieli specjalnie na koncert na 3dni, ze on miał niebywale szczescie być na koncercie Dire Straits w Nimmes w 1992 – FARCIARZ !!!, obiecuje przesłać mailem fotki z dzisiejszego koncertu) pojawiaja kolo mnie Maciek i Mirek, z głośników muzyka, najpóźniej za pare minut rozpocznie się koncert bedacy zwieńczeniem moich muzycznych marzen. Pytam Mirka co z Waldkiem?! Dowiaduje się ze jest pare minut od RAH! Zdąży/ nie zdazy?! To już pewne – parędziesiąt sekund dzieli nas od wyjscia zespolu na scene. W tym momencie wpada Jambore z corka. Niczym Phileas Fogg w filmnie „W 80 dni dookoła swiata” . Wita się znami serdecznie, nawet nie wiem kiedy znowu znika. Sekundy pozniej Mark Knofler and his band on stage!!!
To be continued…
Odpowiedz
#54
Z wypiekami na twarzach udajemy się na salę zająć swoje miejsca - cóż to jest za piękna sala, tradycja i historia kryje się za każdym rogiem. Ja z Igorem mamy miejsca z prawej strony sali w drugim rzędzie , Andrzej z Grzegorzem po lewej troszeczkę dalej. Zajmujemy miejsca, obok siada sympatyczna pani, po chwili, słysząc naszą rozmowę odzywa się czystą polszczyzną. Okazuje się, że pochodzi ze Szczecina - w Anglii jest tymczasowo w celach zarobkowych. Jest w dużym szoku, że tak liczna grupa fanów przyleciała specjalnie na koncert jej ulubionego artysty - zapisuje adres naszego forum i obiecuje aktywne uczestnictwo.

Występ zaczyna skromna Kasia, lecz z towarzystwem prześlicznej wiolonczelistki - nie wiem czy jest to regułą ale na mnie panie wiolonczelistki działają wyjątkowo...Kasia kończy po pół godzinie, wraz z końcem występu mi kończą się struny głosowe, których nie odzyskuję już do końca wyprawy. Idziemy sprawdzić co tym razem można zakupić na stoisku z pamiątkami - jest tego całkiem sporo - nawet piersióweczkę można nabyć. Po krótkiej przerwie zaczyna się właściwe show !

Border Reiver na sam początek robi duże wrażenie - kawałek słyszany na żywo niesie ze sobą sporą dawkę energii. Sailing z fletem bardzo miło koi nerwy, potem wyjątkowy Hill Farmer's...Wszystko słychać krystalicznie czysto - nie ma tego nawału basu, który zagłusza pozostałe instrumenty. Spokojnie można wychwycić najdrobniejsze niuanse tworzone przez mniej hałaśliwe instrumenty, gitara Knopflera równo z pozostałymi muzykami, nie jest jakoś specjalnie uwypuklona. Poziom głośności bardzo wyważony, czasami wydaje mi się, że jest za cicho lecz zaraz zmieniam zdanie przy bardziej dynamicznych utworach. Nagłośnienie genialne...

Mark w Londynie czuje się jak w domu, cały czas uśmiechnięty, wyjątkowo dużo opowiada, ciekawie przedstawia swoich kompanów. Zapewnia, że z kręgosłupem już wszystko w porządku ale krzesełko pozostało gdyż dużo lepiej wychodzi mu granie na gitarze w takiej pozycji. To prawda - wstaje z siedzonka jedynie podczas finalnej części Speedway'a - ale tam to już trudno usiedzieć każdemu. Widownia mocno podstarzała - średnia wieku to lekko licząc 55 lat, ale za to bardzo zaangażowana. Oni go tutaj po prostu uwielbiają, to daje się wyczuć w wyjątkowej atmosferze i to widać na twarzach widzów. Wielokrotnie podczas koncertu cała sala wstaje i klaszcze, a po Telegrafie następuje istne szaleństwo - wszyscy, którzy mogą podbiegają pod samą scenę.

Muzycy dają z siebie wszystko - Jasiu bardzo wdzięcznie pracuje nogami podczas bardziej angażujących kawałków - Mirek nawet porównywał go do kucyka Oczko A co się dzieje podczas Coyote to trudno opisać - każdy kto może chwyta za gitarę i daje z siebie wszystko. Nawet Jasiu nieźle wywija na Telecasterze, nie mówiąc już o Guy'u. Tak ograny już Done With Bonaparte nabiera zupełnie innego brzmienia za przyczyną użytych dud i innej aranżacji. Sułtani wracają do pierwotnego kształtu, grane tak jak przed laty przez czterech muzyków, pozostali idą na fajkę...Na Brothersach wszyscy śpiewają wraz z muzykami i kołyszą się w rytm muzyki, jest piwko w kubeczkach i toasty na cześć świetnej publiczności. Występ finalizuje wspaniale wyciszający Piper, długie owacje lecz Panowie już się nie pojawią, nie chce się wychodzić...

Do hostelu jakaś godzinka drogi spacerkiem - nawet nie wiemy kiedy minęła, cały czas dzielimy się wrażeniami tego wyjątkowego wieczoru. Na miejscu gratulacje i niedowierzanie jak udało nam się dostać na koncert, siedzimy jeszcze długo w noc przy zacnych trunkach. W końcu czas przytulić głowę do poduszki, sen jednak nie przychodzi bo w głowie ciągle buzują emocje...


Załączone pliki
.jpg   DSC_1109_edited.jpg (Rozmiar: 91.27 KB / Pobrań: 18)
.jpg   DSC_1531_edited.jpg (Rozmiar: 87.47 KB / Pobrań: 18)

[Obrazek: macsa.gif]
Odpowiedz
#55
Nastepuja 2h niesamowitych przezyc. Nie czuje sie do konca kompetentny zeby oceniac akustyke RAH. Jak dla mnie był to najlepiej nagłośniony koncert na którym byłem (żeby było jasne nie zwiedziłem zbyt wielu sal koncertowych na swiecie). Dla mnie nie musi być super glosno. W koncu to nie AC/DC, Metallica, Iron Maiden, gdzie mam się wyszalec, wyskakac i wyjsc z koncertu w przemoczonej potem koszulce. Na kolana powalily mnie przede wszystkim niesamowite zakończenia Marbletown i Speedway at Nazareth. Przepieknie było usłyszeć moje najukochańsze numery tj. Romeo & Juliet i Telegraph Road. Widac było wiekszy niż zwykle luz w zachowaniu MK ( nie wiem czy związane to jest z tym ze gra „u siebie” czy generalnie większość z koncertow z tej trasy ma taka specyfike ze opowiada wiecej i czuje się swobodniej niż zwykle). Zajmowalem miejsce właściwie na samej gorze i koncu sali a miałem wrazenie jakbym słyszał wszystko bardzo wyraznie. Każdy instrument, dźwięk i wokal. Mam świadomość tego ze moje ucho w zadnym wypadku nie może być wyznacznikiem oceny akustyki Sali. Nie siedziałem tam zreszta wczesniej na zadnym innym miejscu na innym koncercie żeby zdobywac się na porównania. Mam również świadomość tego ze moje niezwykle emocjonalne pojmowanie muzyki, zwłaszcza DS/MK, ma to do siebie ze z każdego występu wychodze oczarowany i przeszczęśliwy. Na temat publiczności mogę powiedziec tyle, ze srednia wieku wydawala się być znacznie wyzsza od tej która miałem okazje zaobserwowac podczas dotychczasowych występów w Polsce. Koncert był „krzeselkowany” w związku z czym moje wrazenie było takie jakby ludzie przyszli bardziej na spektakl teatralny niż na wystep bądź co bądź gwiazdy muzyki z gatunku klasyki rocka. Żeby było jasne nie traktuje tego w żaden sposób jako zarzut. Powaga miejsca, klasa występującego artysty w pewien sposób wymuszaja takie zachowanie. Emocje jednak wzialy gore o ile mnie pamiec nie myli przy „So far awal” i pierwsze rzędy ruszyly pod scene. Przepiekny final ze wzruszającym „Piper to the end”. Jeśli mialbym na sile doszukiwac się jakis slabych punktow to mysle, ze zabraklo jak dla mnie motywu z filmu „Local Hero” pewnie w wersji „Wild Theme” która najlepiej pasowalaby do całokształtu koncertu i bylaby jego przepieknym zwieńczeniem.
To be continued…
Odpowiedz
#56
Dzieki za relacje chlopaki, swietneUśmiech
Odpowiedz
#57
Ale pięknie podgrzewacie atmosferkęUśmiech
Something's going to happen
To make your whole life better
Your whole life better one day
Odpowiedz
#58
Może ktoś się pokusi o opowieść na zlocie? Uśmiech

http://www.beextrahealthynow.com/vb/showpost.php?p...ostcount=4
Odpowiedz
#59
Po koncercie przed RAH wyjatkowa atmosfera. Powoli zaczyna docierac do mnie ze to wszystko tj. ostatnie 2h wydarzylo się naprawde. Wyjatkowe 2h które nawet nie wiem kiedy minely. Emocje nadal w punkcie kulminacyjnym. Stoje otoczony grupa wspaniałych ludzi, tych samych którzy towarzyszyli mi od początku wyprawy. W koncu jest okazja żeby porozmawiac i wyściskać się z Waldkiem który obok Knopflera jest z cala pewnością druga najwieksza gwiazda wieczoru. Trwaja poszukiwania zaprzyjaźnionego z nami przez Forum lamento. Bez rezultatu. Dzieki władającemu wloskim Mirkowi poznajemy grupe wloskich fanow. Ich przedstawiciel zostaje obdarowany przez nas nasza fanklubowa koszulka. Radosc na jego twarzy ogromna (z pewnością pokazuja to zdjęcia Macka). Wspanialy przykład na to jak muzyka potrafi jednoczyc ludzi z calego swiata. Pamiatkowe zdjęcia calej naszej grupy przed RAH. Wielka przyjemnością będzie moc spojrzec na nie po latach i wrócić myslami do tych wspaniałych chwil.
Czas na droge powrotna do hostelu przez Hyde Park. Rozkoszowanie się widokami Londynu w nocy. Czlowiek spędził caly dzien na nogach, spacer z powrotem to ok. 45min ale senność jest jakos jakby poza mna. Niezwykle milo powymieniac się na goraco spostrzeżeniami po koncercie siedząc w naszym pubie. Dla niektórych sa to już ostatnie godziny w Londynie.
Ok. 3 nad ranem opuszczaja nas Waldek z corka i Ptysia. Chwile pozniej znika Mirek. Również Mr Jasinski nie daje nam się już dłużej nacieszyc swoja obecnością i wyjezdza na Stansted ok. 8 rano. Szczesliwie nam tj. Maciek, Igor, Grzesiu, Anron z malzonka i BET z wybranka pozostaje jeszcze prawie caly dzien na zwiedzanie Londynu.
Dzielimy się na 2 grupy. Trafiam do tej która wspolnie z Mackiem, Igorem i Grzesiem przez sklepy muzyczne na Oxford Street i Harrodsa dociera na stacje metra Tower Hill, gdzie ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu i radości spotykamy reszte naszej grupy. Zdjecia z Tower Bridge sa jednymi z ostatnich pamiątkowych w Londynie. Pogoda przepiekna, jakze rozna od tej typowo wyspiarskiej dzien wczesniej.
Docieramy już po raz ostatni do naszego „londynksiego domu” skad po 14 opuszcza nas Grzesiu udając się na lotnisko. Pozostaje już tylko ostatnia wizyta „u Allaha” - deal1 za 6 funtow, pozegnanie z „BET`ami” i wyjatkowo meczaca podroz easybusem na lotnisko Statnsted w trakcie ktorej nie wiem czy bardziej doskwieral mi upal czy wyjatkowo glosne rozmowy po niemiecku współpasażerów na ostatnich siedzeniach.
Zmeczeni, pozno wieczorem docieramy do zalanego deszczem Wroclawia. Zmeczeni, ale niezwykle szczesliwi, wdzieczni losowi ze udalo nam się tak wspaniale, wspolnie spędzić ostatnie 3 dni.
Pragne jeszcze raz szczerze i z serca podziękować wszystkim Wspoltowarzyszom wyjazdu do Londynu na koncert MK w RAH, jak również wszystkim tym którzy kibicowali nam z Polski i wszystkich innych miejsc na swiecie.
Chce żebyście wiedzieli ze jesteście i na zawsze pozostaniecie nieodlaczna czescia jednego z najwspanialszych przezyc jakie miałem okazje do tej pory doświadczyć.
THE END
Odpowiedz
#60
Bart napisał(a):Może ktoś się pokusi o opowieść na zlocie? Uśmiech

http://www.beextrahealthynow.com/vb/showpost.php?p...ostcount=4

Chetnie pokusze sie o przygotowanie i wygloszenie prelekcji zwiazanej z wyjazdem do Londynu. Mam nadzieje ze sprostam temu wyzwaniu i ze moge liczyc pod tym wzgledem na Wasza wyrozumialosc... Uśmiech
Odpowiedz


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Występ na Trafalgar Square w Londynie Robson 16 7,564 01.12.2009, 18:23
Ostatni post: macsa

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości